-Nie zaczyna się zdania od więc- burknął Kris.
-Boże, poucza mnie cheerleaderka.
-Cheerleader.
Jongdae przewrócił oczami.
-Jeden pies. Więc~ - powtórzył. - Serio umiesz zrobić salto? I szpagat? Nawet ten francuski? Nie boli cię wtedy... - spojrzał na niego przestraszony.
- Boli jak cholera. Raz robiłem i nie chcę więcej. To tak jakby ktoś ci rozrywał... Tam.
Jongdae skrzywił się lekko na samą myśl.
-Dlaczego tak właściwie chciałeś zostać cheerleaderem? Cheerleaderką?
-Po prostu to lubię- wzruszył ramionami chłopak.
-Lubisz, jak ci rozrywa krocze czy jak robisz piramidę i możesz zajrzeć pod spódnice koleżanek?
-Żartujesz- Kris przewrócił oczami.-Po prostu lubię taniec i zagrzewanie innych do walki. Na przykład przystojnych koszykarzy...
- Koszykarzy... Tak, koszykarze są spoko.
- A ty co tańczysz?
-Wszystko- teraz to Jongdae wzruszył ramionami.-Lubię choreografie damskich zespołów... Ale i tak nie dorównuję swojemu kumplowi. On chyba się w złej płci urodził.
Zaśmiali się cicho.
- Myślisz, że tamci się pogodzą?
- Nie wiem. Są tacy... Uh. Inni. To znaczy... Mają inne charaktery.
- Dobrze, że my się nie kłócimy! - Wykrzyknął entuzjastycznie Chen. Jego współlokator pokiwał głową. Bałby się zadzierać z tym chłopakiem. Niby mały chochlik, ale po tym wysadzeniu drzwi... Gdyby zrobił z nim to samo, to nici z dostania się do tutejszej drużyny cheerleaderek, a na to nie mógł pozwolić.
- Uh... Przydałoby się pójść do Key, bo potem strzeli focha... - wymruczał cicho Baek i wyszedł z pokoju. Key był na boisku, paradował w spódniczce i machał pomponami.
-Soojung, na litość, z entuzjazmem!
Nowoprzybyły zaśmiał się cicho.
-Bummie~
-BAEKKIE!- kapitan drużyny cheerleaderek rzucił pompony i wpadł w ramiona przyjaciela.
- Co tam u ciebie, Kibummie...? Jeszcze dobrze się rok szkolny nie zaczął, a ty już ich męczysz? - nagle zauważył Kris'a. „A ten co tu robi?” - przeleciało mu przez myśl.
-Ktoś musi... Wyobraź sobie, mamy drugiego faceta w składzie!
-To mój znajomy. Prawie.
-Ah, Baekkie, dlaczego ty się nie zapiszesz?
-Mówiłem ci, mam inne sposoby na aktywność fizyczną.
-Taaa. Ale za duże wymagania. Nie znajdziesz nikogo z takim wielkim...
-Park Chanyeol. Mieszka niedaleko mojego pokoju. Koszykarz. Miałem okazję dyskretnie się przyjrzeć. Zajęty, ale to kwestia czasu.
-Ty i twoja miłość do wielkich penisów...
- Powiedział co wiedział. A ty kogo teraz masz? - Key zarumienił się lekko. - Key... Rumienisz się i... Chwila. Ty się rumienisz? Ty? Weź przestań.
- Ja się nie rumienię. Ja... To od zmęczenia!
-Hej, Kociaku.
Kim Kibum chyba nigdy nie był aż tak czerwony. Umięśniony chłopak o uśmiechu dinozaura objął go w pasie.
-Jongie, mam trening.
-Plotkujesz.
-To dalej trening.
- Niech ci będzie - dinozaur pocałował go lekko w usta, uśmiechnął się. - Do zobaczenia później - powiedział mu do ucha przygryzając je przy tym, a następnie odszedł, zostawiając za sobą czerwonego chłopaka.
-Wow- powiedział Baekhyun, uśmiechając się z niedowierzaniem.-Niezły jest.
-Nie mów tak o nim!- wywarczał starszy, nagle mrużąc oczy.
-Czekaj. Chwila, moment. Czy ty się zakochałeś?
-Nie! To nie tak!
-Przecież widzę. Jesteś zazdrosny, ale przed chwilą miałeś taaaką rozmarzoną minę~
-Zamknij mordę, Byun.
Chłopak zachichotał.
-Okay, miłej zabawy z dziewczynami, a potem z Dino. Idę wyrywać gorące partie i unikać swojego współlokatora.
-A kto nim jest?- zaciekawił się Key.
-Kai. Tak się przedstawił.
-Kim Jongin? Przecież to... To...- starszy zakrył usta dłonią.
-No kto?
-Młodszy brat Jjonga i jednocześnie jeden z najgorszych ludzi, jakich można spotkać w ciemnym zaułku.
- Serio? Dlaczego? To znaczy... Zauważyłem, że jest jakiś nie ten...
-Myślę, że ciężko znosi popularność brata. Uważaj, Baekkie.
- Popularność? Przecież Jjong nie jest aż tak popularny... Prawda?
- Uh... Pamiętasz jak w tamtym roku mówiłem ci, że podoba mi się chłopak, który jest kapitanem szkolnej drużyny, przewodniczącym szkoły i w ogóle? - Baekhyun pokiwał głową. - To jest właśnie Jonghyun...
- No i co w związku z tym?
- A to właśnie, że - w tym momencie na boisko wszedł Kai z „kolegami”.
- HEJ, BRACISZKU!
Jonghyun, który grał w piłkę, odwrócił się powoli. Uśmiechnął się sztucznie.
-Jongiiiin! Znalazłeś sobie kolegów!
-Tsa.
-Ummm... Chwila moment. Jackson?- mruknął, marszcząc brwi.
- Coś się szykuje... - wymruczał Kibum.- Koniec treningu! - krzyknął.
- Tak, a co? - powiedział Jack.
-Nic, nic- mruknął Jonghyun.
-Super- Kai wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów i zapalił jednego.
- Hej, Luhan, zobacz... Coś się dzieje - Kyungsoo patrzył przez okno na rozgrywającą się scenę.
- Kai, zgaś to z łaski swojej... - powiedział Jonghyun.
-A bo co?- młodszy Kim wydmuchnął bratu dym w twarz. Jong skrzywił się.
- Albo stąd odejdź. Jongin, zachowujesz się jak dziecko - Jjong zabrał Kai'owi papierosa, rzucił na trawę i go zdeptał.
-Pfff. Ja nie kradnę zabawek innym dzieciom.
-Oddaj paczkę.
-Pierdol się, braciszku.
- Kai, przestań się tak zachowywać.
- Dlaczego? Nie jesteś moim ojcem. Nie, czekaj. Ojciec w ogóle się mną nie przejmuje. Więc... Mogę palić.
-Tak długo, jak jestem przewodniczącym, nie możesz.
Jongin posłał mu wyzywające spojrzenie.
-I co mi zrobisz? Zakażesz oficjalnie? Poskarżysz się dyrektorowi? A może tatusiowi? Jakby ich to obchodziło.
- Przestań, przecież wiesz, że się o ciebie martwią...
- Martwią? Mówiąc mi przez całe życie: Jonghyun ma najlepsze wyniki w szkole, Jonghyun jest przewodniczącym, Jonghyun to, Jonghyun tamto! - dinozaur zrobił głupią minę.
- Kai. Uspokój się.
- Dobra. Mam cię dość. Idę stąd. Nara! - zaczął kierować się do wyjścia. - Hejooo, Baekhyunnie! - wykrzyknął jeszcze w stronę Baek'a i odszedł.
Kyungsoo odsunął się od okna.
-Jak on może tak niszczyć sobie zdrowie?
-Co?- zapytał Luhan.
-Palenie- prychnął z pogardą Koreańczyk, jednocześnie nie mogąc się pozbyć obrazu dymu wydmuchiwanego spomiędzy pełnych warg Kai'a. Przeklinał swój dobry wzrok. - Nie zauważyłeś?
- Uh... Tak jakby. Widziałem, że coś trzymał w buzi, ale niezbyt dobrze.
- Nie rozumiem, jak ludzie mogą robić sobie coś takiego. Przecież to okropne.
-Masz rację. Zepsuje sobie płuca.
-I cerę. Włosy. Wszystko.
-Biedactwo- westchnął Lu, z niedowierzaniem kręcąc głową.
- Sam to sobie zrobił - stwierdził Soo. - Przecież nikt go do tego nie zmuszał. Jeżeli chce się niszczyć, to niech to robi. Tylko, żeby innym nie psuł zdrowia.
- Uh... W sumie masz rację. A tak swoją drogą... Ciekawe o co im poszło, co nie?
- Nie wiem - Kyungie wzruszył ramionami i wrócił do swojej książki.
Tym razem jednak nie mógł się skupić, a wszystko przez wyobraźnię i ten obraz. Nie rozumiał jak Kai może się tak zachowywać. To było takie dziwne. A
przede wszystkim dziwne było uczucie formujące się w jego wnętrzu, gdy myślał o tych ustach. Zastanawiał się, czy są szorstkie i popękane, czy może miękkie... Pokręcił głową. Nawet nie zna tego chłopaka. Tylko z imienia. I tego, że siedział z nim przy ścianie. Ale w chwilę potem pomyślał, że Kai ładnie wygląda w poluzowanym krawacie i rozpiętym mundu... Stop. Musi przestać tak myśleć. Musi przestać myśleć o kilku rozpiętych guzikach koszuli, o odważnym uśmiechu i miękkim, głębokim głosie... No cholera. „On nawet nie musi być gejem...” - pomyślał.
-Wszystko ok?- zapytał Luhan.
-Nie wiem...
- Coś się stało?
- Nie, po prostu... Myślałem... Jak to jest być kimś, kim się nie jest... - skłamał. Przecież Luhan nie może się o tym dowiedzieć.
-Nie łapię- mruknął Chińczyk, marszcząc brwi.
-Hej!
Soo uniósł głowę.
W drzwiach stał Kai i uśmiechał się do niego. Nadal czuć było od niego papierosy. Kyungie skrzywił się lekko.
- Co tu robisz? - zapytał uprzejmie. Nie lubił tego zapachu. Był taki... Obrzydliwy, duszący. Otworzyłby okno, ale nie chciał, żeby to źle wyglądało.
-Przyszedłem zobaczyć, czy jesteście gotowi na imprezę.
-Ummmm.
Kai popatrzył na Kyungsoo z szerokim uśmiechem.
- Jeszcze nie - odparł Luhan, widząc zakłopotanie na twarzy Soo. - Więc... Może dasz nam się przygotować? - zapytał delikatnie.
-Jasne, zaczekam pod drzwiami. Miłej zabawy z przygotowywaniem się~
- Tsa, dzięki - kiedy wyszedł, Kyungsoo otworzył okno. Uh. Papierosy. Ble. Luhan zaśmiał się cicho.
- No co?
- Masz kwaśną minę - mówili cicho, żeby nikt ich nie usłyszał. Kai mógł stać za drzwiami.
- Uh. Nienawidzę zapachu dymu. To obrzydliwe.
-Ale patrzysz na niego całkiem fajnie.
- Oj tam. Nie mógłbym być z kimś kto pali - powiedział, nakładając koszulę w czarno-czerwoną kratkę. Przymknął na chwilę oczy, wyobrażając sobie coś takiego: on w ramionach Kai'a. Zamarł. Gdyby mógł posmakować tych ust.
-Soo! Wracaj na ziemię!
- Już jestem. Która godzina?
- W sumie możemy już iść.
- A, ok...
Wyszli z pokoju.
-Wooow. No nieźle, nieźle- uśmiechnął się Kai, mierząc ich wzrokiem. Odwzajemnili uśmiechy. Reszta też już wyszła z pokoi. Cóż za zbieg okoliczności. Luhan poszedł pogadać z... W sumie sam nie wiedział. Chciał z kimś pogadać. Pozostała dwójka szła w ciszy.
- Tak naprawdę nazywam się Kim Jongin - powiedział nagle Kai, wyrywając tym samym Soo z zamyślenia.
-Brzmi o wiele ładniej niż Kai. Pasuje do ciebie- uśmiechnął się niższy nieśmiało.
- Dzięki, młody. Tylko jest mini problem. Nie lubię swojego imienia.
-Dlaczego nie?- Kyunsoo zmarszczył brwi.
- Uh, to długa...
- Kaaai! Siema...!
- Idź do nich - powiedział Soo, uśmiechając się niepewnie.
-Miło się gadało- wyższy poczochrał jego włosy i pobiegł do grupki innych chłopaków.
W tym samym czasie Luhan rozmawiał z Zitao, czyli emopandą.
- Czemu... Jesteś taki smutny? - zapytał.
-Moje życie nie ma sensu.
-Każde życie ma sens!
- Jesteś już drugą osobą, która mi to mówi - burknął. - Uh... Twoje też by nie miało gdyby...
- Gdyby, co?
- Gdyby przyjaciele cię zostawili, a człowiek, którego kochasz opuścił.
Luhan umilkł nagle. Popatrzył na smutnego chłopaka i westchnął cicho. Było mu ciężko słuchać takich rzeczy.
-Ale jesteśmy tutaj z jakiegoś powodu, prawda? Rozejrzyj się. Dookoła jest masa cudownych ludzi. Możesz się odciąć od przeszłości- powiedział łagodnie.
- To nie takie łatwe. Ludzie mogą być najlepsi na świecie, ale ciężko jest komuś zaufać... Jeżeli wszyscy opuszczają... Zawsze tak jest. Myślisz, że jesteś szczęśliwy, ale nigdy nie będzie tak cudownie. Coś się zawsze musi spieprzyć.
-Wiem, że jest trudno. Ale ciesz się tym, że panujesz nad swoją przyszłością. Nie każdy ma taką możliwość.
- Uh... Nie wiem... Nie mam dość siły. Jestem za słaby. Wiem, że to głupio brzmi, ale taka jest prawda. Wszyscy ode mnie odchodzą. Tak już jest i tyle. (Czy mi się wydaje czy próbujesz zrobić z Tao męską wersję mnie? -Naree) (nie, po prostu robię męską wersje siebie :( /Y)
- Nie wiesz jacy oni są... Może spróbuj...
- Nie rozumiesz. Jasne, mogę spróbować, ale... Nie wiem, czy ze mną wytrzymacie.
- W takim razie my też spróbujemy - uśmiechnął się. Weszli na salę. Grała głośna muzyka. Byli tu uczniowie nie tylko z klas pierwszych.
- Na szczęście, na takie sytuacje mam swoją... - mruknął cicho i poszedł w stronę pulpitu. Szybko podłączył komórkę. Momentalnie z głośników poleciała najnowsza piosenka Jay'a Parka, co spotkało się z ogólną aprobatą.